Grzegorz Wojtoń, drugi kierowca i właściciel biura podróży z Podkarpacia, przeżył koszmar podczas nocnego wypadku autokaru na Węgrzech. W katastrofie zginęło 12 pasażerów wracających z pielgrzymki. Mężczyzna widział dramat poszkodowanych z bliska. Teraz ujawnia wstrząsające kulisy ostatnich chwil przed uderzeniem oraz dramatyczną walkę o życie w rozbitym pojeździe.
- W wypadku polskiego autokaru na autostradzie M3 zginęło dwanaście osób z Podkarpacia
- Węgierski sąd podjął decyzję o areszcie dla Roberta M. na okres 30 dni
- Pielgrzymi wracali z Medziugorie, a do planowanego postoju na parkingu zabrakło zaledwie dwóch kilometrów
- Główną hipotezą węgierskich śledczych pozostaje zaśnięcie kierowcy za kierownicą z powodu zmęczenia
Co wydarzyło się na autostradzie M3 na Węgrzech
Grzegorz Wojtoń znajdował się w kabinie pojazdu, kiedy doszło do dramatycznego zdarzenia. Tragiczny wypadek polskiego autokaru wydarzył się w nocy z 15 na 16 sierpnia 2026 roku około godziny 1 na autostradzie M3 w rejonie węgierskiej miejscowości Mezőkeresztes. Autokarem podróżowało 59 obywateli Polski. Wśród nich było 57 pasażerów oraz dwóch kierowców.
Pielgrzymi wracali z Medziugorie w Bośni i Hercegowinie do swoich domów. Kiedy autokar nagle wypadł z trasy, śmierć na miejscu poniosło dwunastu pasażerów. Na miejscu natychmiast rozpoczęła się walka o ratowanie uwięzionych ludzi. Ewakuację poszkodowanych prowadzono między innymi przez wyłamane dachowe wyjścia awaryjne oraz dolną wolną przestrzeń pod lekko uniesionym tyłem pojazdu. W akcji ratunkowej pomagali również wolontariusze z węgierskiej Polonii, którzy tłumaczyli informacje o stanie zdrowia i przyjmowanych lekach pasażerów.
x.com
Grzegorz Wojtoń o ostatnich słowach kierowcy
Doświadczony kierowca i pilot wycieczki Grzegorz Wojtoń relacjonuje, że przed tragedią nic nie zwiastowało niebezpieczeństwa. Zmiennik prowadzący pojazd zapewniał, że jego stan pozwala na dalszą jazdę. Kierowca Robert przejechał około cztery i pół godziny. Do bezpiecznego zjazdu na wyznaczone miejsce postoju brakowało mu zaledwie dwóch kilometrów.
Mówił, że się czuje bardzo dobrze, że wszystko jest w porządku. Odpowiedziałem mu, że na spokojnie jedziemy tak, żeby do Barwinka dotrzeć w swoim czasie, bo czasu pracy naprawdę mieliśmy wystarczającą ilość, także bez problemu byśmy dotarli do Polski
– wspomina Grzegorz Wojtoń.
Gdy na miejsce katastrofy dotarły służby ratunkowe, padły krótkie i bolesne słowa.
No, już miałem zjeżdżać. 2 km pokazywało
– przekazał kierowca Robert.
instagram.com/natalia.baclawska; instagram.com/teamlitewka
Zarzuty dla kierowcy Roberta M. i decyzja sądu
Przedsiębiorca w poruszających słowach opisuje moment, w którym spokojna trasa zamieniła się w walkę o przetrwanie. Dynamika uderzenia autokaru była ogromna, a pasażerowie i załoga znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie w ułamku sekundy.
Od samego początku to już lekka mgła. Dopiero później, kiedy autobus zaczyna się przechylać i uderza, w tej kabinie poczułem się jak w pralce. Zorientowałem się, że jest tragedia, wypadek. Jest moment, kiedy trzeba uciekać z tej kabiny
– relacjonuje Grzegorz Wojtoń.
W sprawie katastrofy szybko zapadły pierwsze decyzje procesowe. Sąd Rejonowy w Miszkolcu zdecydował 18 sierpnia o tymczasowym aresztowaniu na 30 dni kierowcy polskiego autokaru, Roberta M. Główną hipotezą śledczych badających przyczyny tragedii na trasie pozostaje to, że kierowca zasnął za kierownicą z powodu narastającego zmęczenia.