Dominika Clarke, matka słynnych pięcioraczków, przeżyła chwile grozy w Tajlandii. Wszystko przez donosy, które śledzą rodzinę nawet na drugim końcu świata. Czy ich wielka ucieczka do raju właśnie dobiegła końca? Złośliwi internauci nie mają litości, a sprawa trafiła prosto na biurka azjatyckich urzędników.
Dominika Clarke wezwana do tajskiego urzędu. Poszło o liczne donosy internautów
Internauci nie dają spokoju Dominice Clarke i jej mężowi. Vincent Clarke wraz z żoną i jedenaściorgiem dzieci wierzyli, że życie w Tajlandii przyniesie im spokój, jednak hejt w sieci szybko przerodził się w realne, urzędowe kłopoty. Do lokalnych władz wpłynęła prawdziwa lawina zgłoszeń od "życzliwych" osób z Polski.
Kierowane donosy do urzędu dotyczyły rzekomo złych warunków, w jakich wychowują się pięcioraczki z Horyńca. Zawistni komentatorzy zaczęli wręcz kwestionować legalność pobytu wielodzietnej rodziny w Azji, licząc na ich natychmiastowe wydalenie. Efekt tych działań był błyskawiczny – Dominika Clarke otrzymała oficjalne wezwanie na dywanik. Przed przekroczeniem progu gabinetu kobieta nie kryła autentycznego przerażenia.
Tym razem już idziemy do urzędu imigracyjnego. Jak na ścięcie. I trochę się obawiamy. Księgowa wspomniała, że cały czas są na mnie liczne donosy. I urząd tajski nigdy czegoś takiego nie widział - żeby ludzie tak notorycznie dzwonili, pisali i cały czas mnie zgłaszali.
Facebook/Rodzina Clarke
Skala donosów na rodzinę Clarke zszokowała urzędników w Tajlandii
Urząd imigracyjny w Tajlandii w swojej historii widział już wiele, ale to słynne "polskie piekiełko" absolutnie ich przerosło. Z relacji matki wynika, że urzędnicy dosłownie przecierali oczy ze zdumienia na widok teczek pęczniejących od zgłoszeń. Skala tego zjawiska i wciąż napływające pięcioraczki z Horyńca donosy wprawiły lokalną administrację w osłupienie.
Trudno uwierzyć, że komuś chciało się seryjnie produkować donosy na Dominikę Clarke, byle tylko utrudnić jej codzienność na innym kontynencie. Rozjuszeni hejterzy ewidentnie postanowili zrobić wszystko, by zrujnować spokój, jaki rodzina Clarke Tajlandia próbowała tam zbudować. Nawet pracownicy zagranicznych służb przyznali, że donosy na rodzinę Clarke napływały z niespotykaną wręcz zaciekłością.
Księgowa wspomniała, że cały czas są na mnie liczne donosy. I urząd tajski nigdy czegoś takiego nie widział.
Dominika Clarke zostaje w Tajlandii. Wiemy, co z przedłużeniem wizy
Na szczęście ta mrożąca krew w żyłach wizyta nie zakończyła się szybką deportacją. Po szczegółowej weryfikacji dokumentów i wyjaśnieniu absurdalnych zarzutów, urząd imigracyjny Tajlandia stanął na wysokości zadania. Mocno zestresowana Polka mogła wreszcie odetchnąć z ulgą i opuścić budynek z uśmiechem na ustach.
Wyszłam z urzędu tanecznym krokiem.
Okazuje się jednak, że rodzina Clarke w Tajlandii nie może jeszcze złożyć broni w starciu z bezduszną biurokracją. Przedłużenie obecnej wizy to tylko chwilowe zwycięstwo, bo nad ich głowami już wisi kolejne wyzwanie. W najbliższym czasie Dominika Clarke i jej mąż będą musieli zgromadzić sterty nowych dokumentów, ponieważ czeka ich walka o to, by wiza pracownicza została odnowiona. Wszystko wskazuje na to, że emigracja do Tajlandii wciąż będzie wymagała od nich żelaznych nerwów.
Wszystko poszło pomyślnie! Bez żadnych problemów. Wiza dalej przedłużona. Ale tylko na jakiś czas, bo za niedługo będziemy musieli odnawiać pracowniczą wizę i składać różne dokumenty. Tak jest z imigracją - trzeba pilnować tych wszystkich papierkowych spraw. Ale na dzisiaj - kamień spadł z serca.