Jak Radek się tam znalazł? Czy ktoś mu pomógł umrzeć? A może był to po prostu nieszczęśliwy wypadek? Śledztwo, które prowadzi w tej sprawie olsztyńska prokuratura, pozwala już odpowiedzieć na niektóre z tych pytań. Wiadomo, że chłopak przyjechał do Olsztyna z miejscowości Budy-Grudzie pod Ostrowią Mazowiecką. Nie znał miasta. Na sylwestrową prywatkę, która odbywała się na osiedlu Jaroty, przyszedł z przyjaciółmi. Młodzi ludzie musieli się dobrze bawić, skoro jeszcze przed północą Radek wyruszył do nocnego sklepu prawdopodobnie po alkohol.

- Na nagraniu z monitoringu widać, jak idzie chwiejnym krokiem ubrany w samą tylko koszulę – relacjonują śledczy. Właśnie pod sklepem widziano Radka po raz ostatni. Wracając, musiał zabłądzić i wszelki ślad po nim zaginął. Nazajutrz ruszyły poszukiwania. Policjanci i strażacy mieli tylko jedną wskazówkę – rejon, w którym urwał się sygnał telefonu komórkowego chłopaka. - To bagienna okolica przylegająca do rzeki Łyny – mówią. Przeczesali ją parokrotnie. Nadaremno. Jasnowidz, wynajęty przez rodziców Radka, sugerował, że chłopak utonął, ale nie potrafił wskazać miejsca. W końcu olsztyńska policja zwróciła się o pomoc do Specjalnej Grupy Płetwonurków RP z Katowic, która specjalizuje się w poszukiwaniach osób zaginionych.

- Zbadaliśmy pobliskie jezioro Bartążek, kilka stawów, rozlewiska oraz rzekę Łynę aż do ulicy Radiowej w Olsztynie. Sprawdziliśmy nawet miejsca, w których policja i straż pożarna już szukały. Radka znaleźliśmy w głębokim na dwa metry zamarzniętym oczku. Na lodzie było widać ślady walki. Chłopak do ostatniego tchu walczył o swoje życie – mówi szef grupy Maciej Rokus.

Rodzice Radka, ściągnięci do Olsztyna na identyfikację zwłok, nie mieli wątpliwości, że to ich syn. - Przepraszam, ale nie jestem w stanie rozmawiać – mówiła przez łzy mama nastolatka.