Wtedy dowiedziała się, jak było naprawdę… Teraz żałuje, bo zmieniła zdanie o wielu swoich bliskich.



Swoimi przeżyciami Wiktoria podzieliła się redakcją serwisu papilot.pl. Trzeba przyznać, że jej list daje do myślenia:

Długo się zastanawiałam, czy w ogóle powinnam o tym mówić głośno. Doszłam jednak do wniosku, że muszę. Może dzięki temu niektórzy się opamiętają, a tym, którzy mnie zawiedli – narobię trochę wstydu. Naprawdę na to zasłużyli, bo tak się po prostu nie robi. Są jakieś granice absurdu i bezczelności, a oni je przekroczyli.

Kilka miesięcy temu po prawie roku przygotowań wzięłam ślub. Impreza odbyła się w sierpniu, a bawiło się na niej 130 osób. Tych najbliższych i najbardziej zaufanych, bo pierwotna lista obejmowała niemal 200 nazwisk. Do tej pory miałam same dobre wspomnienia związane z tym dniem. Wszystko się udało, goście dopisali i obyło się bez zgrzytów.

Ale to tylko część prawdy. Niedawno zobaczyłam rzeczy, o których wolałabym nie mieć pojęcia. To odbiera moją wiarę w ludzi, a na niektórych wręcz nie mogę już patrzeć

Zadanie było o tyle ułatwione, że nie musieliśmy szukać żadnej sali. Od początku wiedzieliśmy, gdzie odbędzie się wesele. Moi rodzice są właścicielami sporego hotelu w miejscowości, skąd pochodzimy. To nie tylko pokoje gościnne, ale też miejsce przystosowane do obsługi większych imprez. Odbywają się tam konferencje, szkolenia i oczywiście różnego rodzaju imprezy.

Organizacyjnie wyszło naprawdę fajnie. Sporą atrakcją jest widok na jezioro, który rozciąga się z głównej sali. Myślałam, że najbliżsi docenią naszą gościnność. Teraz już wiem, że nie wszyscy zdali ten egzamin. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale goszcząc ostatnio w obiekcie zgadałam się z ochroniarzem. Dowiedziałam się, że nagrania z monitoringu wokół obiektu i na sali wciąż są przechowywane


Pan śmiał się, że nakręcił mi kolejnewideo z wesela. Trochę mniej profesjonalne, niż wynajęty kamerzysta, ale zawsze coś. Obejrzałam kawałek i poprosiłam, żeby mi to zgrał na płytę.

Gdyby nie to, że wylądowałam niedawno na chorobowym i z nudów chodziłam już po ścianach – pewnie bym już do tego nie wracała. Coś mnie jednak podkusiło i obejrzałam prawie całość. Wbrew pozorom, nagranie jest całkiem dobrej jakości. Wystarczającej, żeby dostrzec sporoszczegółów. Tym bardziej, że na komputerze mogę je sobie powiększać

Czego się dowiedziałam? Np., że znajomi mojego męża wyszli z imprezy po 1,5 godziny. Jakoś mi to umknęło w czasie zabawy. Trochę bezczelne. Ale potem było jeszcze lepsze. Zauważyłam też wujka, który pluł albo wrzucał jedzenie pod stół. Nie smakowało mu? Nie wiem, ale to nie jest najgorsze. Trafiłam też na kuzynkę, które siedziała dosłownie pod kamerą i chyba jej nie zauważyła. Wpakowała do swojej torby przynajmniej 3 butelki wódki ze stołu.

Niektórzy pakowali sobie ciasto lub wędliny w serwetki i też zabierali ze sobą. W czasie pierwszego tańca sporo osób było zajętych rozmową i nawet na nas nie patrzyli

Chamstwo, złodziejstwo, ignorancja. To naprawdę tylko niewielka część nagrania. Przy wyjściu z sali zauważyłam, jak do jednej toalety wchodzi mój kuzyn i dziewczyna kolegi. Nie byli już najbardziej trzeźwi o tej porze i zniknęli na dobrych 20 minut. Co tam robili? Strach myśleć. Na tym filmie doskonale widać, co kto ma na sumieniu i jak się bawił. Przyznam, że dla mnie to szokujący widok.

Po kilku miesiącach żyjesz sobie w słodkiej nieświadomości. Myślisz, że wszyscy dobrze się bawili i każdy potrafił się zachować. A tu coś takiego… Trochę żałuję tego seansu. Zmieniłam zdanie o wielu osobach, a niektórym wręcz chciałoby się wytknąć ich skandaliczne zachowanie. Wesele nadal wspominam pozytywnie, ale to jest poważna rysa. Strach pomyśleć, czego nie udało mi się dostrzec.

Jestem zdruzgotana, ale cały czas mnie ciągnie, żeby jeszcze tam poszperać. Tylko boję się, że wtedy nabiorę obrzydzenia do całej rodziny i wszystkich znajomych

Wiktoria

*Zdjęcia mają charakter poglądowy