To pierwszy dłuższy wywiad, jakiego udziela mediom. Była już w telewizji, choć nie lubi obiektywu kamery. Prowadzi profile na portalach społecznościowych, ale nad wrzuceniem jednego zdjęcia zastanawia się kilka dni. Nie chce być celebrytką.

Umówiliśmy się w krakowskiej knajpie przy Rynku Głównym. Jest sporo przed czasem. Cierpliwie czeka, nikt jej nie rozpoznaje. Podczas rozmowy widać niewielkie zdenerwowanie, choć z każdym kolejnym pytaniem jest pewniejsza i bardziej stanowcza w odpowiedziach. Wprost mówi o swoim doświadczeniu ze stalkingiem, niezrozumieniu wobec hejterów czy strachu o ojca.

Karolina Małysz: Jestem nieśmiała. Do tego bardzo przejmuję się opinią innych. Mocno przeżywam każdy artykuł w serwisach plotkarskich na mój temat. Tak samo jest z komentarzami pod tekstami. Ludzie wypowiadają się np. o moim wyglądzie.

A co z nim nie tak?

W komentarzach można przeczytać o sobie naprawdę wszystko. Chłopak często powtarza, żebym się tym nie przejmowała, żebym tego nie czytała. Za bardzo to wszystko przeżywam, żeby często udzielać wywiadów i być na świeczniku.

Fakt, że Adam Małysz, pani tata, jest jednym z najbardziej znanych i utytułowanych sportowców w historii polskiego sportu, raczej nie pomaga siedzieć w cieniu. Była pani o to czasami na niego zła?

Nie, nigdy nie byłam zła na tatę. Zawsze czułem ogromną dumę z tego, jaki jest i co osiągnął.

Ludzie często rozpoznają panią na ulicy?

Nie, ale to się zdarza, kiedy dzień wcześniej pojawił się jakiś artykuł na mój temat. Poza tym rzadko ktoś do mnie podchodzi, patrzy w jakiś szczególny sposób. Częściej jestem rozpoznawana po samym nazwisku, kiedy melduję się w hotelu czy idę do nowej pracy lub szkoły. Ludzie pytają, czy Adam Małysz jest moim ojcem. Wtedy z jednej strony nie chcę się afiszować, a z drugiej myślę sobie, że przecież jestem dumna z taty. Mówię więc, że tak, jestem córką tego Małysza.

Jakie są reakcje?

Najpierw lekki szok, potem mówią, że to musi być fajne, mieć tak znanego ojca. Często nowi znajomi myślą, że będę się wywyższać. Dopiero po jakimś czasie widzą, że jestem zupełnie inna niż ich pierwsze wyobrażenie o mnie.

Dzieci celebrytów, także sportowców, często wykorzystują sławę rodziców. Nie korci, aby ogrzać się w blasku taty?

Nie chcę być celebrytką, to mnie w ogóle nie interesuje. Czasem proszę tatę o pomoc, ale nigdy nie wymagam, aby wykorzystał do tego swoją sławę.

Na portalach społecznościowych jednak pani istnieje.

Tak, ale nie pokazuje tam wiele z mojego życia. Sporadycznie dodaję posty.

Media już korzystały z pani zdjęć np. zamieszczonych na Instagramie. Zresztą pani profil nie jest prywatny, każdy może zobaczyć, co tam się pojawia. 

Tak, już długo mam odblokowany profil. Ci, którzy chcieli skorzystać w jakiś sposób z moich zdjęć, już to zrobili. Zamknięcie profilu wyłącznie dla znajomych, obecnie mija się z celem. Poza tym, mimo mojego wycofania, czasem fajnie jest dostać trochę więcej lajków, zaistnieć na tę krótką chwilę. To chyba nic złego.

Szczególnie, że jest pani bardzo młoda, ma pani dopiero 21 lat.

No właśnie. Choć nie ukrywam, że kiedy media pierwszy raz skorzystały z mojego zdjęcia, byłam w szoku. Przez lata moi rodzice starali się mnie chronić, rzadko eksponowali. Mnie też do tego nigdy nie ciągnęło. Pytałam rodziców, skąd to zainteresowanie mną, przecież nie jestem nikim sławnym. Ale nie doskwierało mi to jakoś strasznie. Dopiero, kiedy zaczęłam czytać komentarze, moja opinia o popularności diametralnie się zmieniła. Nawet jeśli w artykule pisano o mnie dobrze bądź neutralnie, w komentarzach pojawiały się straszne rzeczy.

W internecie ludzie są anonimowi, często tylko tam bywają na tyle odważni, aby rozładować swoje frustracje, niepowodzenia, leczyć gigantyczne kompleksy. Trudno takie opinie uznać za istotne. 

Tak, ale nie jest łatwo przejść koło tego zupełnie bez emocji. Tacy ludzie myślą, że są bezkarni, ale przecież na facebooku też pojawia się mnóstwo fatalnych komentarzy, a są dodawane pod imieniem i nazwiskiem. Mam wrażenie, że niektórzy myślą, że osoby, na profilach których piszą, w ogóle nie czytają komentarzy. Kiedyś odpisałam pewnej pani na niewybredną opinię. Wtedy błyskawicznie ją usunęła.

Nie chcę być celebrytką, to media kreują taki wizerunek. Chciałabym, aby niektórzy spojrzeli na tę sprawę właśnie od tej strony, żeby postawili się w miejscu opluwanej osoby, żeby postarali się poczuć to, co ona, kiedy czyta o sobie te wszystkie rzeczy.

Nie wrzuca pani zdjęć do sieci hurtowo. Długo zastanawia się pani, zanim coś opublikuje?

Tak, bywa, że myślę o tym nawet 10 dni. Do opisów podchodzę jeszcze ostrożniej. Bywa, że konsultuje je z kilkoma osobami. Zastanawiam się, czy na pewno mogę tak napisać, czy ktoś nie odbierze tego źle.

Pojedyncze negatywne komentarze, które zdarza się pani czytać na swój temat, są jednak niczym w porównaniu z tym, co zrobiła pewna dziewczyna. Cała sytuacja zaczęła się cztery lata temu, trwała około trzech. Stalkerka namawiała na spotkanie, wyrażała swoje niewybredne opinie w komentarzach, aż wreszcie podszywała się pod panią, pod mamę, a nawet pani znajomych. Doszło do tego, że w dniu pani urodzin, życzyła pani śmierci. 

Tak, to był straszny czas. Po tych życzeniach rodzice i ja zdecydowaliśmy zgłosić sprawę na policję. Długo czekaliśmy, żeby to wszystko zakończyło się samo, miałam nadzieję, że dziewczyna, ignorowana, przestanie zatruwać mi życie. Niestety, tak się nie stało.

W końcu dostała karę za swoje postępowanie.

Tak. Tą karą było... pouczenie.

Czyli coś, co można usłyszeć od życzliwego policjanta, kiedy np. przejedzie się rowerem po przejściu dla pieszych. 

Dokładnie tak. Byłam wtedy poirytowana. Bywały sprawy sądowe, a także rozstrzygane przez policję, kiedy znacznie mniejsze przewinienia kończyły się większymi karami. Przynajmniej dozorem kuratora.

Jak zadziałało to pouczenie?

Na początku, o dziwo, było skuteczne. Dziewczyna zrobiła sobie długą przerwę. Ostatnio jednak znowu zaczęła zakładać fake'owe konta. Na szczęście, teraz zdarza się to sporadycznie, moi znajomi już wiedzą, że wiadomości rzekomo wysyłane przez Karolinę Małysz, nie są ode mnie. Powoli zaczęłam się z tego wszystkiego śmiać. Po ogromnych nerwach, teraz mnie to po prostu bawi.

Szczególnie, że komentarze pod pani postami są głównie pozytywne. 

To prawda, nie twierdzę, że wylewa się na mnie fala hejtu, albo coś w tym stylu, choć pojedyncze komentarze potrafią bardzo zaboleć. Na szczęście również prywatnie dostaję miłe wiadomości. Ludzie piszą, że gdzieś mnie widzieli, że obejrzeli mój wywiad w telewizji. To bardzo dowartościowuje.

Potrzebuje się pani dowartościowywać?

Czasami tak, każdy ma swoje kompleksy. Nie zawsze widok samego siebie, szczególnie po porannym wstawaniu, jest zadowalający. Ale to normalne, chyba każdy tak ma. Czasem chciałoby się coś poprawić, ale nigdy nie myślałam np. o operacji plastycznej. Tak stworzył nas Bóg i tak powinno zostać. Czasem tylko człowiek powinien popracować nad pewnością siebie.

Wspomniała pani o Bogu. To ważna część pani życia?

Tak, religia jest dla mnie istotna. Nie jestem osobą regularnie chodzącą do kościoła, ale często się modlę. Kiedy tata startował w konkursach skoków, prosiłam Boga o pomoc dla niego. Przede wszystkim, żeby nic mu się nie stało. Często ja i moi rodzice mamy przy sobie różańce, choć przecież tata jest innej wiary. To dla nas symbol. Pomaga nam wierzyć w to, że niezależnie od wszystkiego, będzie dobrze. Kiedy mam gorsze dni, często biorę różaniec do ręki.

To, że tata jest ewangelikiem, przeszkadzało w relacjach?

Ani trochę. Wiara katolicka i ewangelicka są sobie bliskie. Zresztą, w Wiśle ok. 65 proc. mieszkańców to ewangelicy. Ja byłam w mniejszości. Poza tym, przecież nie chodzi o samą wiarę, ale o drugiego człowieka. Na moich studiach sporo uczę się o innych wiarach. Zawsze mnie interesowało, jak inni postrzegają Boga. Nigdy nikogo nie krytykowałam za to, w co wierzy. Ani w domu, ani w gronie przyjaciół.

Co pani studiuje? 

Migracje międzynarodowe. Zmierzałam w kierunku filologii hiszpańskiej, ale bardzo trudno się tam dostać. Migracje to była moja alternatywa i, jak się okazało, dobrze wybrałam. Teraz sporo mówi się o temacie uchodźców, staram się go zgłębiać. To interesujące.

Co może pani robić po takich studiach?

Pracować w urzędach, w straży granicznej, w konsulatach czy, po prostu, pomagać innym.

Czyli nie ma mowy o pójściu drogą taty i zaangażowaniu się w sport?

Lubię sport. Zarówno teoretycznie jak i praktycznie, ale tylko rekreacyjnie. Nigdy nie myślałam, aby podchodzić do tego zawodowo.

Tata namawiał czy odradzał?

Ani nie namawiał, ani nie odradzał. Kiedyś powiedział, że nigdy nie zacznie mnie do niczego zmuszać. Jeśli to będzie mój wybór i będę go pewna, on zawsze będzie zadowolony i postara się mnie wspierać.

Ale na najważniejszych imprezach w skokach narciarskich jest pani obecna. 

Tak, interesuję się skokami. Fascynacja tą dyscypliną została mi po tacie. Kibicuję naszym. Innym krajom zresztą również.

Grała pani w piłkę nożną. To dość nietypowe jak na kobietę.

Zawsze podobał mi się futbol, byłam w tym niezła. Grałam z chłopakami, na lekcjach WF-u namawiałam nauczycieli, żeby zagrać w piłkę. Nawet miałam iść do klubu, ale w Wiśle nie było żeńskiej drużyny. Musiałabym daleko dojeżdżać, a to mocno kolidowało z moimi planami.

Jest pani drobną kobietą. To nie pomaga w rywalizacji z facetami.

Bywało ciężko, to prawda, często miałam kontuzje. Ale to raczej ja atakowałam, grałam głównie jako napastnik. Teraz nie gram, ale od sportu nie uciekłam. Chodzę na siłownię, pływam, w zimie jeżdżę na nartach.

Tymczasem po studiach może pani być m.in. urzędnikiem. Nie widzę pani za biurkiem.

Moje studia są bardzo interesujące, ale nie ukrywam, że nie wiążę z nimi przyszłości. Przed pójściem na magisterkę będę chciała nieco zmienić kierunek. W międzyczasie planuję też skończenie kilku kursów. Na razie jednak nie potrafię przewidzieć, co będę robić po zakończeniu edukacji, nie mam skonkretyzowanych planów.

Pani partner, Kamil, ma podobnie?

Ma dokładnie tak samo. Studiuje turystykę i rekreację, jest instruktorem narciarstwa, ale oboje jeszcze nie wiemy, jak ma wyglądać nasza przyszłość.

Dobraliście się.

Znamy się od przedszkola. Zresztą w Wiśle każdy zna każdego. Długo się przyjaźniliśmy, w technikum zaczęliśmy się spotykać. Samo poszło.

Skoro tak długo się znaliście, chłopak nie miał zderzenia z legendą polskiego sportu, kiedy przedstawiała mu pani swojego tatę. 

Trochę miał, bo wcześniej nie znał go osobiście. Kamil starał się ukrywać emocje podczas zapoznania, próbował nie traktować taty, jak kogoś znanego. Wszystko obracał w żart. To jego sposób na stres. Mój tata ma zresztą podobnie. Nie jest surowym ojcem, który wszystkiego by mi zabraniał i podchodził z wyższością do bliskich mi osób. Martwi się o mnie, ale stara się zbytnio tego nie pokazywać.

Pani też musiała się o niego bać, kiedy skakał na nartach.

Oczywiście. Ale rajdy samochodowe, jego druga miłość sportowa, są chyba jeszcze niebezpieczniejsze.

Szczególnie Rajd Dakar.

Tak, kiedy jechał w Dakarze martwiłam się codziennie. Kamil śledził rajd dokładnie i mówił mi, kiedy coś się stało. Najgorsza dla nas była sytuacja, kiedy spalił się samochód taty. Natychmiast zadzwoniłam do mamy, żeby dowiedzieć się, co się stało, czy tata wraca do domu. Ale mama też nie znała szczegółów. Tata nie miał łączności z bazą, dopiero, kiedy był bezpieczny i załatwił wszystko na miejscu, mógł zadzwonić do Polski. To wszystko trwało kilka godzin. Do głowy przychodziły najgorsze myśli.

Stres był podobny, kiedy tata siadał na belkach wielkich skoczni w Harrachovie czy Planicy?

Z dołu, kiedy patrzy się na skocznie, nie wydają się takie wielkie. Dopiero, kiedy wejdzie się na górę i spojrzy w dół z okolic belki, widać, jak ogromna jest to odległość i nachylenie. Podziwiam tatę i skoczków w ogóle. Mają olbrzymią odwagę.

Tata może kiedyś wpaść na kolejny zwariowany pomysł?

Tak, jeszcze coś wykombinuje. To osoba, która nie potrafi siedzieć w miejscu i czytać gazetę. Źle się czuje, kiedy jest cały czas w domu. Jeśli jednak wpadnie na jakiś pomysł, który go zachwyci, będziemy go wspierać. Taty nie da się zmienić.

Kiedy zaczęła się tzw. małyszomania, miała pani cztery lata. Pamięta więc pani życie wyłącznie w cieniu wielkiego sportowca. To nie jest normalne dzieciństwo.

Bywało ciężko. Czasami nie wiedziałam, co się dzieje, dlaczego tak wielu ludzi jest wokół nas. Zdawałam sobie sprawę z tego, że tata skacze i jest znakomity w tym, co robi, cieszyłam się z tego. Ale czasem chciałam mieć go przy sobie. Bliżej i częściej. Właśnie tatę, a nie sportowca. Najgorzej było, kiedy oddzielali mnie od niego, np. przed zawodami. Czułam się odizolowana. Mimo rozłąki i tęsknoty, nie przypominam sobie czasu, kiedy miałabym z tatą zły kontakt. Zawsze czułam z nim mocną więź. Poza tym, mamy podobne charaktery. Też nie potrafię długo usiedzieć w domu. A kiedy już się widzimy, wyciskam z tego czasu tak dużo, jak tylko się da.

Źródło: wp.pl