• Osoby o dużym doświadczeniu w technikach medytacyjnych mogą wywoływać u siebie stany podobne do wizji ze śmierci klinicznej – twierdzi brytyjski psycholog William Van Gordon.
  • Dzięki treningowi mentalnemu można nauczyć się kontrolować i kształtować te doświadczenia – dodaje.
  • Jego odkrycie rzuca nowe światło na zjawisko NDE, będące dla niektórych dowodem na istnienie życia pozagrobowego.

Temat doświadczeń z pogranicza śmierci (NDE, od ang. near-death experience) od lat stanowi przedmiot sporu pomiędzy naukowcami a parapsychologami, którzy dopatrują się w nich dowodów na życie po życiu. Tymczasem dr William Van Gordon z Centrum Badań Psychologicznych University of Derby opublikował kontrowersyjne wyniki badań wskazujące, że podobne do NDE doznania przytrafiają się osobom praktykującym medytację. Co najciekawsze, można nauczyć się je wywoływać i kontrolować – uznaje naukowiec. Czy potwierdza to teorię neurologów, że wizje zaświatów podczas śmierci klinicznej to jedynie halucynacje?


Dr Van Gordon zbadał medytujących buddystów

Pod koniec marca uczony poinformował o odkryciu, jakie jego zdaniem mówi wiele o naturze doświadczeń z pogranicza śmierci. Dr Van Gordon razem ze współpracownikami (m.in. z Włoch i Hiszpanii) w swoim pionierskim eksperymencie badał doznania 10 buddystów z ośmiu krajów, od lat praktykujących medytację. Okazało się, że potrafią oni wywoływać u siebie zmienione stany świadomości niemal identyczne do tych, o jakich mówią ludzie, którzy znaleźli się na krawędzi życia.

Choć poglądy, wierzenia i uwarunkowania kulturowe wpływają na to, jak poszczególne osoby interpretują przeżycia związane z umieraniem, samo zjawisko NDE obejmuje zestaw stałych przeżyć, takich jak: wrażenie wyjścia z ciała (tzw. OBE, od ang. out-of-body experience), utratę poczucia czasu i przestrzeni, oglądanie slajdów z życia, komunikację ze zmarłymi bliskimi bądź "duchowymi przewodnikami" oraz refleksje związane z powrotem do żywych. Psycholodzy zauważyli również, że NDE wywierają silny wpływ na ludzi, którzy po powrocie z "tamtej strony" zmieniają całkowicie swój światopogląd i życiowe cele.

Badania dr. Van Gordona pokazały jednak, że zaawansowani praktycy medytacji potrafią zainicjować u siebie doświadczenia podobne do NDE niemalże na żądanie. W przeciwieństwie do osób w śmierci klinicznej kontrolowali oni przebieg i czas trwania wizji, podczas których odwiedzali "inne wymiary", zaglądali w zaświaty i mogli poczuć, co dzieje się z człowiekiem, gdy umiera. Co ciekawe, zdarzało się im również wpadać w otchłań – pośmiertną pustkę.

"W trakcie trzyletnich doświadczeń scenariusze doznań z pogranicza śmierci występujące u osób medytujących znacznie się pogłębiły, co sugeruje, że można nie tylko nauczyć się je wyzwalać, ale nawet doskonalić je z biegiem czasu. Tym, co odróżniało te stany od typowych NDE była możliwość ich kontrolowania oraz towarzysząca im pełna świadomość" – czytamy w oświadczeniu University of Derby.

Dr Van Gordon – specjalista od medytacji, który przez 10 lat był buddyjskim mnichem sugeruje, że jego eksperyment może zmienić spojrzenie naukowców na opowieści ludzi twierdzących, że odwiedzili zaświaty.

– Udało się potwierdzić, że takie same doznania da się wywołać przy pomocy medytacji. Czegoś podobnego nigdy dotąd nie zaobserwowano ani nie zbadano w warunkach laboratoryjnych. Co więcej, pozwala to na przeprowadzenie w przyszłości badań, podczas których będzie można zmierzyć aktywność mózgu w stanach bliskich śmierci. Do tej pory nie pozwalały na to względy medyczne i etyczne – powiedział.

Uczony dodał, że mnichom buddyjskim techniki opuszczania ciała i penetrowania innych płaszczyzn egzystencji znane są od wieków.

– Wykorzystywanie medytacji do zgłębiania natury umierania to zjawisko znane w buddyzmie. Istnieją starożytne teksty objaśniające, jak się do tego przygotować albo uzyskać wgląd w to, co się wtedy dzieje – wyjaśnił.

Jednym z takich dzieł jest słynna "Tybetańska Księga Umarłych" (oryg. "Bardo Thodol" lub "Bar-do Thos-grol"), za której autora uchodzi legendarny guru Padmasambhava. Jej treść recytowana jest osobom umierającym lub niedawno zmarłym i ma przygotowywać ich na to, co ujrzą po drugiej stronie. Według wierzeń dusza pozostaje związana z ciałem przez kilka dni po zgonie i nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

"Wszyscy bliscy płaczą wówczas, wznoszą krzyki i lamenty (…), ściągają zeń ubranie, zamiatają wokół łoża. Choć on sam (tj. zmarły – przyp. autora) ich widzi, oni go nie widzą, on słyszy, że mówią do niego, lecz oni nie słyszą jego głosu. Z sercem zasmuconym odchodzi" – wspomina księga.

Podobieństwo opisanych w niej scen do współczesnych relacji ze śmierci klinicznej jest uderzające. W dziele pojawiają się wzmianki o widzianych przez zmarłego jasnych promieniach, stanach przypominających OBE oraz krajobrazach "tamtej strony". Wielką zagadką pozostawało dotąd, skąd autorzy tekstu posiedli wiedzę, jak wygląda pozagrobowa egzystencja. Badania Van Gordona rzucają na to jednak nieco nowego światła.


Dr Susan Blackmore: NDE to iluzja

Skoro można nauczyć się wywoływać wizje z pogranicza śmierci, czy opowieści ludzi, którzy odwiedzili "królestwo zmarłych" to także omamy generowane przez mózg? Brytyjska psycholog dr Susan Blackmore przez wiele lat była przekonana, że jest inaczej, a NDE są oknami w zaświaty. Sama przeżyła bowiem stan podobny do tych, jakie badał dr Van Gordon. Pewnego razu, relaksując się przy muzyce wpadła w rodzaj transu, w czasie którego wyszła z ciała i znalazła się w tunelu ze światłem na końcu.

"Ruszyłam na bój z naukowcami o ograniczonych horyzontach, chcąc przekonać ich, że świadomość żyje poza ciałem, a śmierć to wcale nie koniec. Po kilku latach dokładnych badań i analiz zmieniłam jednak zdanie. Nie znalazłam żadnych dowodów. Wszystko okazało się efektem myślenia życzeniowego, iluzji, błędnie zaprojektowanych eksperymentów. Stałam się sceptykiem" – odpowiada.

Zdaniem uczonej wizje zaświatów wywołują różne czynniki: od niedotlenienia mózgu po endorfiny i podawane pacjentom leki przeciwbólowe albo anestetyki. Stany przypominające NDE powstają także przez elektrostymulację płata skroniowego, o czym pisał psycholog Chris French. I choć zdaniem dr Blackmore doświadczenia te wydają się świadkom rzeczywiste, nie można uznawać ich za dowody na istnienie życia po życiu.

"Uczucie błogości i spokoju pojawia się podczas NDE wskutek działania naturalnych opoidów – endorfin uwalnianych w chwilach stresu. Tunel, jasność i dźwięki w trakcie tych doświadczeń to reakcja kory mózgowej na niedotlenienie. OBE występuje zaś jako odpowiedź mózgu na utratę łączności z ciałem. Przegląd scen z życia również wywołują endorfiny stymulujące płat skroniowy" – tłumaczy Blackmore, dodając, że reszta to kwestia interpretacji i wierzeń.

Z wnioskami jej i Van Gordona nie zgadzają się parapsycholodzy, według których doświadczenia z pogranicza śmierci pokazują, że nasza rzeczywistość to tylko jedna z wielu płaszczyzn egzystencji, a świadomość jest niezależna od mózgu i nieśmiertelna. Wśród zwolenników takiego podejścia są badacze NDE o wykształceniu medycznym, jak Pim van Lommel, Bruce Greyson czy Eben Alexander. Ich zdaniem tłumaczenie wszystkiego halucynacjami umierającego mózgu to pójście na łatwiznę, a zjawisk takich jak OBE czy "przegląd życia" nie da się łatwo wyjaśnić w kategoriach naukowych. Wiedzą o tym także ci, którzy jedną nogą znaleźli się w zaświatach.