Fakt dokładnie sprawdza akta sparwy. Wynika z nich, że w śledztwie Tomasz Komenda pojawia się pod koniec 1999 roku. Ale to nie twarde dowody rozpoczynają jego wątek, a informacja od Doroty P. (58 l.), koleżanki jednego z policjantów. 6 listopada nieżyjący już podinspektor Edward D. dołącza do akt sprawy notatkę.

„Dzięki wiedzy operacyjnej dowiedziałem się o tym, że sprawcą mordu w Miłoszycach jest człowiek o imieniu „Tomek” o skłonnościach sadystycznych” – napisał policjant. Dorota P. miała wskazać na Komendę na portrecie pamięciowym. – Mieszkałam koło jego babci i dlatego go rozpoznałam – przekonywała później w śledztwie. Nikt niestety nie zapytał jej o to, dlaczego czekała z tą informacją aż trzy lata.

Policja miała aż kilkaset informacji w sprawie śmierci 15-letniej Małgosi, jednak dopiero po tej śledztwo nabrało niesamowitego przyspieszenia. Już dwa dni później, policjanci znają wszelkie dane Tomasza, a 9 dni później prokurator nakazuje przeszukanie jego mieszkania. Policja nic tam nie znajduje. Pobiera jednak od Komendy i jego braci próbki DNA, krwi, a także odciski szczęki.

Pięć miesięcy później, doktor Jerzy Kawecki opracowuje ekspertyzę, w której nie wyklucza, ale i nie wskazuje go jako pewnego sprawcę. Pomimo tych wszystkich wątpliwości, prokurator Ozimina decyduje się przesłuchać Tomasza Komendę i postawić mu zarzuty. Jak podaje pan Tomasz, przed spotkaniem z prokuratorem został pobity przez policjantów, którzy wymyślili treść jego wyjaśnień.

Ale nawet te wymuszone zeznania nie miały sensu! Wynikało z nich, że Komenda feralnej nocy miał wyjść z domu i pojechać do Miłoszyc o godz. 2.00. Akta śledztwa mówią, że w tym czasie 15-letnia Małgosia umierała już w strasznych męczarniach po tym jak została zgwałcona. Jednak prokurator Ozimina nigdy nie podważył prawdziwości zeznania Komendy.Wiele razy się na nie powoływał jako dowód tego, że był on w Miłoszycach! Jednocześnie nie wierzył 12 świadkom, którzy mówili, że był wtedy we Wrocławiu.

Tomasz Komenda był w domu, gdy doszło do tragedii

Tomasz Komenda zeznał prokuratorowi to, co – jak mówi – kazali mu policjanci. Powiedział, że w Nowy Rok 1997 r. był w Miłoszycach, a nie w swoim domu we Wrocławiu – jak było naprawdę. Podróż miał rozpocząć o 2.00, jadąc z Wrocławia do Gajkowa tramwajem i autobusem, a do Miłoszyc doszedł pieszo. Tyle że Komenda byłby w Miłoszycach ok. 5.30 rano! A o tej godzinie 15-letnia Małgosia już nie żyła.