Kamery niemal wszystkich stacji telewizyjnych skierowane były wczoraj na bramę wrocławskiego Aresztu Śledczego. Więzienne mury po 18 latach opuszczał, zdaniem prokuratury niesłusznie skazany, Tomasz Komenda. Choć mężczyzna został odebrany przez rodzinę, otrzymał tzw. pomoc penitencjarną. Nie każdy osadzony ma tyle szczęścia i po wyjściu musi pierwsze kroki stawiać sam. Zazwyczaj trafia do zupełnie nowego, nieznanego sobie świata, który mógł obserwować jedynie zza krat. "Pierwszą pomoc" na wolności oferuje Służba Więzienna, choć podatnika nie kosztuje to ani złotówki.

Więźniowie po zakończeniu kary mierzą się z banalnymi z punktu widzenia wolności problemami. Jeśli skazaniec do zakładu karnego trafił latem, a opuszcza go zimą, to szorty i hawajska koszula, w których został zatrzymany, nie będą właściwą garderobą do rozpoczynania życia od nowa. Z pieniędzy zgromadzonych w Funduszu Pomocy Postpenitencjarnej kupowane są dla takich osób ubrania. W jednym wypadku mogą być to spodnie i bluza, w innym zimowa kurtka i ciepłe buty. Wszystko zależy od pory roku.

To jednak nie wszystko co na "do widzenia", a w zasadzie "dzień dobry", otrzyma były więzień. Nikomu nie zależy, by osoba, która przekroczyła bramę po raz ostatni, błąkała się po mieście lub próbowała "łapać stopa". Musi w jakiś sposób wrócić do domu, a to czasem oznacza nawet przejazd przez całą Polskę. Choć nie ma formalnego limitu przekazanej kwoty, którą otrzyma, to skazani nie powinni liczyć, że wzbogacą się dzięki temu świadczeniu.

Kasa na bilet

- Pieniądze muszą wystarczyć na dojazd do miejsca zamieszkania oraz posiłek w trakcie podróży. Żeby ustalić, ile powinniśmy przekazać, najzwyczajniej w świecie dzwonimy na dworzec i pytamy o cenę biletu. Jeśli okazuje się, że kosztuje 200 zł, to osadzonemu przekażemy 250 zł. Może kupić za to bilet, a my mamy pewność, że nie powinien jechać głodny - wyjaśnia nam funkcjonariusz Służby Więziennej. Jeśli jednak pojawia się ryzyko, że pieniądze zostaną wydane w inny sposób, bo więzień jest np. uzależniony od narkotyków, to Służba kupuje bilet. Decyzję o takim rozwiązaniu podejmuje dyrektor zakładu karnego. Zamiast pieniędzy na posiłek były więzień otrzyma bony towarowe.

Co istotne, pieniądze, które po wyjściu dostają osadzeni, nie obciążają w żaden sposób podatnika. Fundusz bowiem zasilany jest środkami wypracowanymi przez więźniów. W ten sam sposób powstaje tzw. żelazna kasa. To pieniądze, które potrąca się z pensji więźnia, o ile jest zatrudniony. Do chwili, w której "oszczędności" zrównają się z wysokością średniej krajowej, raz w miesiącu "zabiera" się mu na ten cel 4 proc. wypłaty. Później może tym odset dowolnie dysponować - albo dostawać jako wypłatę, albo oszczędzać na przyszłość. Obecnie to przynajmniej 171 zł.

Na fundusz, z którego kupowane są bilety i ubrania, więźniowie oddają 7 proc. pensji. Niemal połowa (45 proc.) kierowana jest na Fundusz Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. To z tych zarobionych przez osadzonych pieniędzy budowane są przywięzienne hale, w których zatrudniani będą kolejni więźniowie.

Na wszystko zarabiają osadzeni

"Pensjonariusz" zakładu penitencjarnego, o ile pracuje za minimalną krajową, dostanie "do ręki" niewiele ponad 500 zł. Kwota może być mniejsza, jeśli musi spłacać długi - np. alimenty. Dla porównania człowiek pracujący za taką samą pensję na wolności dostanie 1530 zł.

- Jeśli wiemy, że skazany nie ma gdzie mieszkać, to dostanie również karteczkę z numerami telefonu i adresami instytucji, które zajmują się pomocą dla więźniów po wyjściu na wolność - podkreśla funkcjonariusz - To wszystko, na co mogą liczyć - kwituje.