32-letni Chris Kendall, strażak i były instruktor pierwszej pomocy, był w szoku, gdy dostał wiadomość SMS od zmarłego, jak sądził, mężczyzny. Allan Hainey serdecznie zapraszał go na swoje 60 urodziny! Wszystko zaczęło się w lipcu, na drodze A1 w Szkocji, którą jechał Chris. Nagle zauważył, że z jednego z aut wyciągany jest mężczyzna. Musiał zareagować. Okazało się, że Allan ma poważny zawał serca.

By uratować życie mężczyzny, Chris rozpoczął resuscytację krążeniowo-oddechową i kontynuował ją przez 15 kolejnych minut w tempie przeboju "Staying Alive" zespołu Bee Gees. Reanimację przejęło wezwane na miejsce pogotowie. Kiedy strażak zapytał później policjantów o stan pacjenta, usłyszał, że nie udało się go uratować. Tak jednak nie było. Informatyk na co dzień pracujący (nomen omen) dla szkockiej policji, trafił do szpitala. Spędził tam 52 dni po wszczepieniu rozrusznika, ale ma się dobrze.

Gdy tylko poczuł się lepiej, zdobył numer telefonu swojego wybawcy i napisał: "Cześć Chris! Nazywam się Allan Hainey. W niedzielę wieczorem, 25 lipca miałem drobny sercowy epizod na A1 niedaleko wsi Cove. Zatrzymałeś się i przy pomocy lekarzy i chirurgów ze szpitala w Edynburgu uratowałeś mi życie. Moja żona, rodzina i ja sam będziemy Ci wdzięczni do końca życia. Sporo przeszedłem w szpitalu, ale już zostałem wypisany i czuję się bardzo dobrze".

Chris po otrząśnięciu się z pierwszego szoku stwierdził, że SMS był "najlepszą wiadomością, jaką kiedykolwiek dostał". – Byłem pewien, że nie żyje. Policja poinformowała mnie, że zmarł – opowiada w rozmowie z dziennikarzami. – Nie mogłem przestać się uśmiechać. Byłem tak podekscytowany, że podskakiwałem w miejscu. Nie mógłbym być szczęśliwszy – dodaje strażak. Zapewnia, że każdy, kto chce się nauczyć udzielania pomocy, może przyjść do jego jednostki i takie przeszkolenie otrzymać. – Wszyscy lekarze powtarzali mi, że gdyby nie Chris, już by mnie nie było na tym świecie – mówi Allan, który teraz stara się nauczyć zasad sztucznego oddychania ok. 900 swoich kolegów z pracy.