Zawsze, gdy opowiadam najbliższym o tych paru dniach, kiedy opiekowaliście się moją żoną, Laurą Levis, zatrzymują mnie na około piętnastym nazwisku, które udało mi się zapamiętać. Na listę tę składają się zarówno lekarze czy pielęgniarki, jak i specjaliści ds. respiratoroterapii, pracownicy socjalni, a nawet salowe – wszyscy ci, którzy okazali mojej żonie troskę.

„Jakim cudem zapamiętałeś tyle imion?” pytają.

„Jak mógłbym ich nie zapamiętać?” odpowiadam.

Każde z was zajmowało się Laurą w sposób profesjonalny, okazaliście jej dobro, pozwoliliście jej na zachowanie godności – wszystko to, gdy ona leżała nieprzytomna. Gdy podawaliście jej zastrzyki, ostrzegaliście, że może to zaboleć – choć była nieprzytomna. Gdy osłuchiwaliście ją swymi stetoskopami, zawsze pełni szacunku staraliście się nie rozebrać jej bardziej, niż było to konieczne. Przykrywaliście ją kocem nie tylko po to, aby regulować temperaturę jej ciała, lecz również dlatego, że byliście przekonani, iż w ten sposób nocny spoczynek będzie dla niej wygodniejszy.

Z wielką troską opiekowaliście się również rodzicami mojej zmarłej żony, zawsze dbając o komfort ich wizyt i odpowiadając z cierpliwością na wszystkie ich pytania. Mój teść, który sam jest lekarzem, czuł się, jakby brał czynny udział w procesie leczenie swojej córki – nie jestem w stanie powiedzieć wam ile to dla niego znaczyło. Pozostaje jeszcze to, jak zachowywaliście się wobec mnie – nie wiem, jak miałbym przetrwać tych parę dni, gdyby nie wasza pomoc.

Ile razy, gdy znajdowaliście mnie szlochającego w pokoju mojej żony, staraliście się jak najszybciej i niepostrzeżenie wywiązać ze swoich obowiązków, zupełnie tak, jakbyście chcieli stać się niewidzialni?

Ile razy upewnialiście się, że niczego mi nie brakuje – od picia po jedzenie, od świeżych ubrań, po gorący prysznic, lepsze wytłumaczenie procedur medycznych, czy po prostu kogoś, z kim mógłbym porozmawiać?

Gdy awaryjnie potrzebowałem skorzystać z komputera, zawsze byliście w stanie mi to umożliwić. Kiedy przeszmuglowałem do szpitala pewnego bardzo specjalnego gościa, naszego kota, Cola, wy przymknęliście na to oko. Pewnego wieczora pozwoliliście mi wprowadzić na oddział 50 ludzi, wszystkich tych, dla których Laura była kimś ważnym – od najbliższej rodziny, przez przyjaciół i znajomych, po współpracowników. Były to chwile pełne wzruszeń, kiedy dowiedziałem się, jak bardzo ludziom zależało na mojej żonie. Była to ostatnia noc naszego wspaniałego małżeństwa i nie byłoby to możliwe, gdyby nie wasze wsparcie.

Jest jeszcze jednak chwila, a konkretniej, jedna godzina, której nigdy nie zapomnę. Ostatniego dnia, podczas gdy czekaliśmy na zabieg pobrania organów Laury, jedyne czego chciałem, to zostać z moją ukochaną sam na sam. Ale rodzina i przyjaciele wciąż przychodzili, aby ostatni raz pożegnać się z Laurą. A czas uciekał. Około 16.00, gdy wszyscy już sobie poszli, byłem fizycznie i psychicznie wykończony i jedyne, o czym byłem w stanie myśleć, to drzemka. Poprosiłem więc pielęgniarki Laury, Donnę i Jen, o pomoc w rozstawieniu łóżka polowego obok łóżka mojej żony. One miały jednak lepszy pomysł. Poprosiły mnie o to, aby na chwilę opuścił pokój, a gdy wróciłem okazało się, że ułożyły Laurę na jej prawy boku, zostawiając obok niej akurat tyle miejsca, abym po raz ostatni mógł spocząć u jej boku. Spytałem, czy mógłbym poprosić o jedną godzinę spokoju – skinęły tylko głową i zasłoniwszy okna, bez słowa zostawiły nas samych.

Ułożywszy się obok mojej żony, wtuliłem się w nią po raz ostatni. Była taka piękna – powiedziałem jej o tym, gładząc jej włosy i policzki. Uchyliwszy delikatnie jej koszulę nocną ucałowałem jej piersi, położyłem głowę na jej klatce – czułem, jak rytmicznie unosi się i opada, z każdym jej oddechem. Słyszałem każde uderzenie jej serca. Był to ostatni czuły moment jak mąż i żona, a nigdy wcześniej nie poczułem czegoś tak czystego i kojącego. I wtedy usnąłem.

Zapamiętam tę jedną godzinę do końca swojego życia. Był to najpiękniejszy podarunek, jaki kiedykolwiek otrzymałem – i jestem za niego dozgonnie wdzięczny Donnie i Jen.

Dziękuję wam wszystkim, z całego serca.

Z wyrazami szacunku i wiecznej wdzięczności,

Peter DeMarco.