Sławę zdobył jako tytułowy wyjęty spod prawa banita w popularnym brytyjskim serialu „Robin z Sherwood”. Ale Michael Praed nie chciał zostać zaszufladkowany i po dwóch sezonach pożegnał się z rolą, dzięki której stał się aktorem rozpoznawalnym, by realizować się w innych projektach zawodowych.

I choć w kolejnych latach jego kariera mocno przyhamowała, nigdy nie żałował podjętej decyzji. Wprawdzie nieco brakowało mu występów przed kamerami, ale za to mógł realizować się na scenie, która była jego prawdziwą pasją. Dziś aktor ma 56 lat – i w niczym nie przypomina długowłosego Robina, w którym kochały się niegdyś rzesze fanek.

Spełnić marzenia

Jego ojciec, księgowy, nalegał, by syn poszedł w jego ślady, ale Michael Praed przyznawał, że matematyka nigdy nie była jego mocną stroną.

W końcu rodzic odpuścił i poradził chłopcu, by wybrał obojętnie jaką pracę – ale taką, która będzie dawała mu radość i satysfakcję.

Praed posłuchał i w ten sposób wylądował w szkole teatralnej. Wtedy też, wertując książkę telefoniczną, zmienił nazwisko na, w jego mniemaniu, bardziej sceniczne(tak naprawdę nazywał się Prince).

Pierwsza praca


Naturalnie, jak to zwykle bywa, początki nie były łatwe. Nastoletni Praed imał się najróżniejszych zajęć, byle tylko zarobić jakieś pieniądze.

- Bardzo dobrze pamiętam swoją pierwszą pracę – mówił. - Czyściłem toalety w teatrze. I, oczywiście, nie było to coś, co chciałem robić w życiu.

Los uśmiechnął się do niego w 1982 roku, kiedy wpadł w oko scenarzyście Richardowi Carpenterowi i producentowi Paulowi Knightowi, którzy zaproponowali mu główną rolę w serialu „Robin z Sherwood”.

Serialowy sukces