Babcia Admiry ostrzegała: nie ufaj Serbom. W czasie wojny wezwali dziadka na komendę. Nigdy więcej go nie zobaczyła. 

Wojna jednak minęła. Od 1945 r. wszystko się zmieniło. Czasy były inne, państwo było inne. 16-letni Boszko wybrał 16-letnią Admirę. A może było na odwrót: to ona wybrała jego, bo była odważna, wiedziała, czego chciała. Młoda, wyzwolona Muzułmanka z otwartej rodziny. On – spokojny, jej przeciwieństwo – też miał babcię, która znała inne życie i pamiętała, jak jej męża zabili Chorwaci. 

Z babciami był kłopot, ale rodzice nastolatków zaakceptowali tę miłość. Narody Jugosławii od 40 lat żyły w zgodzie i choć najmłodsze pokolenie znało wojnę z opowieści, teraz jednak był czas pokoju. Małżeństwa ludzi różnych religii i wyznań nie były niczym wyjątkowym, zwłaszcza w tej części Jugosławii zwanej Bośnią. 

Ukochany, najdroższa 


Młodzi poznali się w Sarajewie. Admira żyła tam od dziecka, Boszko przyjechał kilka lat wcześniej, bo jego tata dostał w stolicy Bośni pracę w ONZ-ecie. Szkoła średnia, pierwsze prace i studia – młodzi byli nierozłączni. Potem wzięli go do wojska. Boszko Brkić – poborowy w Jugosłowiańskiej Armii Ludowej – zniknął na 11 miesięcy. Przesyłał jednak listy: "

Najdroższa, nie mogę nocami spać, bo myślę o Tobie. Jesteś jedynym szczęściem, jakie mam. Wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie" – pisał prawie codziennie. 

"Mój ukochany, Sarajewo nocą to najpiękniejsze miejsce na świecie. Nie chciałabym żyć nigdzie indziej, chyba że zostanę do tego zmuszona. Jeszcze tylko chwila i znów będziemy razem. Wtedy nic nas nie rozdzieli" – odpowiadała ona.

Nie mogli bez siebie żyć.

Przyszedł kwiecień 1992 r. Na wzgórzach wokół miasta pojawili się Serbowie. Zaczęły się bombardowania. Swoje pozycje zajęli snajperzy. Na cel wzięli mieszkańców. Miłość Boszka i Admiry stała się ich niedolą. 

Przeciwko sobie nawzajem zaczęli występować sąsiedzi. Wielu zajęło strony. Jedni uważali siebie za Serbów, inni za Muzułmanów, jeszcze inni za Chorwatów. Ale byli też i tacy, którzy nie chcieli podziałów. Dla nich Sarajewo było całym światem. 

Tutaj wiele małżeństw było mieszanych. Całe rodziny, niekiedy od trzech pokoleń, łączyły w sobie wszystkie religie. Muzułmański chłopiec chodzący na msze do kościoła lub cerkwi nikogo specjalnie nie dziwił. Katolik i prawosławny w meczecie też nie. Wszyscy byli po prostu "stąd". 

Wszyscy w pierwszych tygodniach wojny mogli jeszcze uciekać z miasta. Dla wielu sama myśl o tęsknocie za domem była nie do zniesienia. Zostawali. 

Boszko usłyszał od znajomych i od babci: uciekaj, uciekaj na serbską stronę. Idź na wzgórza i stamtąd strzelaj. Boszko nie mógł jednak pojąć, jak ludzie mogą chcieć wojny. – Nie zostawię Admiry – zapowiedział wszystkim. Nie mógłby tam stać i patrzeć na pociski spadające gdzieś obok niej. 

Przyszli więc do niego Muzułmanie. Pojawił się jego największy przyjaciel. Przed wojną był zwykłym kryminalistą. Za gwałt na dziewczynie trafił do więzienia. Tam poznał jednak wpływowego człowieka, Aliję Izetbegovicia – lidera Muzułmanów w Bośni i jej przyszłego prezydenta. Izetbegović mu zaufał. I tak były przestępca stał się obrońcą Sarajewa. Był teraz kimś ważnym. Powiedział: "Boszko, przyłącz się do nas". Ale 24-letni wtedy serbski chłopak i jemu odmówił. – Nie mogę strzelać do Serbów. To moi bracia – odparł. 

Pod jednym dachem 

Mijały miesiące. Kule snajperów terroryzowały miasto. Boszko i Admira raz dziennie przebiegali ulicami, ryzykując życie, by się zobaczyć. Te kilka kilometrów między ich domami to była cała wieczność. Ale taka jest miłość. 

Gdy Boszko biegł do Admiry, jego mama wdowa zostawała w domu sama. Któregoś dnia powiedziała, że już nie może. Za bardzo się boi. Chciała uciekać z miasta. Była Serbką i po drugiej stronie wzgórz nic by jej nie groziło. Rodzice Admiry, z którymi przyjaźniła się od dawna, namawiali ją, by zamieszkała z nimi. Rada zaprotestowała. Mówiła, że sprowadzi na nich niebezpieczeństwo, bo Muzułmanie pomagający Serbom już od dawna byli podejrzani. 

– To, kogo będę gościł pod swoim dachem, to moja sprawa – oświadczył Zijo, ojciec dziewczyny. Kobieta się zgodziła. 

Pod dachem przyjaciół wytrzymała miesiąc. Strach był zbyt wielki, musiała wyjechać. Boszko poszedł do przyjaciela w sztabie obrony miasta. Ten miał kontakty po serbskiej stronie. Dogadał się z Serbami i załatwił jej wyjście z miasta. W dniu odjazdu Rada pożegnała się z synem, Admirą i jej rodzicami, wsiadła do samochodu i ruszyła. Zamieszkała za wzgórzami oddzielającymi ją od Sarajewa. Od teraz słuchała bombardowań z daleka. 

Na ulicach – zdarzało się – walczyli wszyscy ze wszystkimi. Chorwaci i Muzułmanie też się nienawidzili. Dopiero później mieli wejść w sojusz i razem walczyć przeciwko Serbom. 

Boszko i Admira postanowili zamieszkać razem. Będą spokojniejsi, tak sobie mówili, bo nie wiadomo, czy pewnego dnia miasto nie zostanie podzielone. 

Zamieszkali na Koszewie, na wzgórzach nad Miljaczką. Z niego widzieli dużą część miasta. Dzielnica była łatwym celem dla Serbów. Często ją ostrzeliwali. Ale ponieważ mieszkało tam wielu Serbów, ci, którzy strzelali, mierzyli też do "swoich".