W 2014 roku Marisha dostrzegła niepokojącą krostę na nosie. Gdy ta nie znikała, kobieta poszła do lekarza. Tam otrzymała antybiotyk i informacje, że to zwykłe zakażenie skóry.

Efektem było jedynie powiększenie się krosty.

Zaraz pojawiły się także mocne bóle i opuchlizna na całej twarzy. Skierowano ją do lekarza specjalisty. Tydzień później wykonano jej biopsję. Wyniki nie pozostawiały wątpliwości, że to nowotwór płaskonabłonkowy skóry. Miesiąc później została przeprowadzona operacja usuwająca większą część nosa. Nowotwór Marishy był wyjątkowo złośliwy, to było jedyne wyjście. Operacja trwała 16 godzin.

Dziewczyna nigdy nie zapomni towarzyszącego po operacji strasznego bólu, mimo ogromnej dawki znieczulenia. Gdy zobaczyła swoje odbicie w lustrze, wpadła w histerię.

„Czułam się strasznie. Mówiłam sobie, że nawet jeśli nie mam na to wpływu, zrobię co w mojej mocy, by wyzdrowieć. Jeśli to oznacza więcej krwi i bólu, niech tak będzie.”

Nos skutecznie zrekonstruowano. Wydawało się, że to już koniec problemów. Jak się jednak okazało, w październiku 2015 nowotwór miał nawrót. Kobieta przeszła serię operacji, żadna z nich nie wyeliminowała jednak problemu do końca. Na wakacje 2016 roku była w tak strasznym stanie, że lekarze oszacowali jej szanse przeżycia na nie więcej niż 20%.

Niezależnie od tego operaowano dalej. W swoje wyzdrowienie wierzyła już wyłącznie sama Marisha, wszyscy spisali ją na straty. Na jesień operacyjnie należało usunąć jej część szczęki. Dziewczyna skazana była na niekomfortową protezę dentystyczną. Przed każdym wyjściem z domu musiała ubierać maseczkę, gdyż jej skóra nie miała naturalnej ochrony przez obcymi ciałami, co zagrażało bezpośrednio układowi oddechowemu.

Następnie miała miejsce rekonstrukcja twarzy. Po tej operacji Marisha była już zupełnie zdrowa.

Dziewczyna nie miała w życiu lekko. W wieku 16 lat odeszła je mama. Z ojcem nie miała kontaktu. Mimo swoich przeżyć nadal potrafi czerpać radość z życia. O swoim losie powiedziała tylko:

„Są w życiu rzeczy, nad którymi nie mamy kontroli. Gdy jednak próbujemy być dobrymi ludźmi i wierzymy, że będzie dobrze, wygrywamy nawet z najstraszniejszymi przeciwnikami. Przysięgłam sobie, że nie dam chorobie mnie pokonać. Nie złamałam się i oddałam wszystko w Boskie dłonie. Każdego poranka jestem wdzięczna za to, że mogę tu być.”